Lustracja i najwyższy trybunał małżeński

Przyznam się, że nie wiem jak nauka określa ludzkie zachowania polegające na tym, że różne impulsy ze świata zewnętrznego odbieramy w dwojaki sposób. Otóż impulsy sukcesu, radości i całej pozytywnej energii krążącej wokół nas chcemy zdecydowanie wszczepić w nasze życie, aby czyjaś wiktoria była naszą wiktorią. Natomiast szara rzeczywistość, z dniami w które wklepana jest byle jakość, niech istnieje na peryferiach naszego czasu, poza widnokręgiem naszej rzeczywistości. Czy to jest egoistycznie nieprzyzwoite, czy może normalne i zgodne z ludzką naturą? Prawda leży gdzieś po środku, jedno jest pewne, zachłanność na sukces pcha ten świat w rozwoju cywilizacyjnym i wbrew pozorom, każdy z nas ma w tym swój przyczynek. Chociażby tylko dlatego, że właśnie chorujemy na sukces i klniemy jak szewcy na tandetę i matactwo dokonywane na naszej wyobraźni. Wielu może się obrażać, ale dzięki „szewskiej” krytyce coś pozytywnego dzieje się w niejednym mieście, gminie, osiedlu, przedsiębiorstwie, ministerstwie itd. itd. Nawet w takiej instytucji jaką jest małżeństwo, trzeba od czasu do czasu huknąć, bo przecież bezkrytyczna melancholia może doprowadzić do głębokiego uzależnienia się od drugiej strony, co w konsekwencji prowadzi do nie widzenia świata zewnętrznego a w szczególności letniego pokazu damskich nóg. A prognozy na lato są optymistyczne, nogi mają być opalone i coraz dłuższe ze względu na postępującą miniaturyzację spódniczek. I co panowie na to? Nie ma to jak lato! Huknęła zgodnie męska, parkowa ławka.
Wróćmy do tematu. Bardzo ciekawe są chodnikowe spotkania trzeciego stopnia ze znajomymi, których nie widzieliśmy wiele lat. „Cześć Zenek”, „cześć Marian” i…chwila ciszy okraszona komediodramatycznym uśmiechem. Ale się postarzał! Błyska w głowie, w tym momencie widać zderzenie naszej świadomości z rzeczywistością. Rzeczywistość to upływ czasu widoczny na twarzy znajomego i jakby ulga, że to się dzieje obok nas. W naszej świadomości, my sami, jesteśmy poza działaniem czasu. To klasyczny przypadek odpychania od siebie rzeczywistości mało pozytywnej, to jakby drugi świat, przez który nie chcemy przechodzić. Zegarek Zenka, Mariana kroi sekundy, minuty, godziny z ich życia, nasz zegarek pokazuje tylko godzinę odjazdu autobusu, określa porę spotkania z ukochaną dziewczyną, żoną, w kawiarni, na targu. Zaskakujące są urzędowe papierzyska z rubryką; wiek albo data urodzenia. Imię i nazwisko to my, adres w porządku ale te cholerne lata to jakby z kosmosu!
Zenek patrzy na mnie, komediodramatyczna wstawka uśmiechowa zanika, wyciąga rękę i krzyczy – „cześć stary, kopę lat, świetnie się trzymasz, nic się nie zmieniłeś, może tylko…” No co? Myślę nerwowo udając stoicką obojętność. „Może tylko zmieniłeś fryzurę”- dokończył. I ta fryzura wydała się podejrzana, właściwie wytrąciła z równowagi a szczerze mówiąc- powaliła mnie z nóg. Nie ma wyjścia, trzeba poddać się LUSTRACJI i określić jak przeszłość i teraźniejszość kreują moją przyszłość.
Sala LUSTRACYJNA rozbłysła światłem, wanna jest pewna, że za chwilę będę brał zimną kąpiel na otrzeźwienie. Mały prysznic może wystarczy- pomyślałem nieśmiało. LUSTRO stało się nagle nieprzyjemną, przepastną dziurą, w którą bałem się zajrzeć. A co mi tam, raz kozie śmierć. Moja twarz zaczęła wpływać na srebrną szklistość, centymetr po centymetrze zajmowała powierzchnię koła. Faktem jest, że wolnego miejsca wokół twarzy jest coraz mniej. Ki diabli, żona kupiła mniejsze lustro czy co? Facet z tamtej strony patrzy na mnie jakby po raz pierwszy. No tak, włosy przesunęły się do tyłu, wysokie czoło zdecydowanie zapanowało na piętrze mojej głowy wypychając rozum coraz bardziej na sam szczyt. Może to się nazywa szczytowaniem intelektu? Ciemne okulary zasłoniły niepewność czającą się w oku. Delikatne zmarszczki wyostrzyły oblicze, teraz jest jak pociągnięte werniksem, przełęcz w brodzie stała się kanionem. Wszystko to nie wygląda za ciekawie, może jakiś retusz albo maści na przepaści…Ratowaniem resztek młodości ludzkość zajmuje się od zarania dziejów i przyznać trzeba, stosuje najprzemyślniejsze metody. Maski, maseczki z ogórków, pomidorów, błoto, pudry, kremy i kremiki, farby i farbki i co tylko matka natura urodziła a ludzki umysł wcisnął w małe opakowania za spore pieniądze. I tu trzeba stwierdzić, że cała populacja homo to ARTYŚCI pragnący za wszelką cenę znaleźć i zachować piękno, każdy artysta dąży do ideału. Jedni robią to na płótnie, na papierze nutowym, aparatem fotograficznym, piórem itd. a cała reszta (ogromna rzesza) rzeźbi w upływającym czasie swoją młodość i urodę. Jednym idzie to całkiem sprawnie, drudzy wykuwają z wielkim mozołem centymetry swojego lustrzanego och i ach. Bo jak być spokojnym gdy przy oczach kurze łapki, pod brodą sztorm z zafalowaną skórą, policzki jak pomarańcze- przebarwione i z porami, całe szczęście że brzuch spadł…to nic że na kolana. I będziesz zdrowy człowieku?! Nawet rynek pracy wymaga miłej aparycji, i ten to rynek, żeby nie babrać się w pudrach i kremach, zaniża wiek kandydatów do 35 lat, wiadomo, czysta natura. Reszta niech idzie na casting bo kręcą wieczny serial „ŻYCIE, ŻYCIE, ŻYCIE…” i może załapią się na jakiś kawałek lepszej roli.
Drzwi do lustracyjno-łazienkowej sali gwałtownie zaszumiały. Psiakrew, nie zamknąłem. Byłem widocznie w dziwacznej pozie z nosem przyklejonym do zwierciadła, bo żona otworzyła szeroko oczy, zasłoniła dłonią usta i prychnęła śmiechem. „A cóż tam chcesz wypatrzeć- zapiszczała- szkoda czasu, siądźmy na ławeczce w ogrodzie, jest piękna pogoda.” I cmoknęła mnie w policzek.
Cóż za ulga…

Jacek Majcherkiewicz