Stary modrzew, czyli sęk w tym…

…że wszystko podlega odwiecznemu prawu starzenia się. Jedni klną na to zjawisko (nazywając je po prostu destrukcją), inni próbują delikatnie polemizować z religijnymi regułami, jeszcze inni z pokorą i uśmiechem kwitują całą sprawę…”tak musi być”. Którym lżej? Wszystkim zapewne nie jest lekko, mając w świadomości, że ten CZAS musi przyjść, jesteśmy bohaterami dnia codziennego i całego naszego życia. Zrozumienie tej prawdy, prawdy przemijania, może nas, wbrew wszelkiej logice, umocnić i pomoże stworzyć już tu, na ziemi, przedsionek nieba. Zrobiło się jakoś patetycznie po tym wstępie, nie wiadomo czy radośnie czy bardziej smutno. Ot, po prostu, jak to w życiu, jednak z przewagą smutnej melancholii.
Wjeżdżając do Gorenic, przy pierwszym, ostrym zakręcie w lewo, stoi stary modrzew. Jest tak stary, że trzeba mówić przy nim szeptem, żeby się nie przewrócił. Jest chropowaty jak człowiecza skóra po setce (o latach mówię!), milczący, pokorny, pogodzony z losem, jednocześnie pełen dumy i swojej wartości. Staruszek długo był przy siłach witalnych, nie wiem co temu zbereźnikowi chodziło po „głowie” bo nie tak dawno prężył jeszcze konar z zielonymi igłami. Dokąd trwałaby ta przyrodnicza sielanka, nikt nie wie, nadciągnęła wichura zazdrośnica, trzepnęła w modrzewiowy łeb i utrąciła zieloną oręż. I co? I nic, drzewo jak stało tak stoi i ani myśli o przeróbce na wióry, sąsiadujące krzewiny tulą się do niego doceniając powagę wieku i…styl. Jego opalenizna jest imponująca, to mocno palona kawa, momentami kawa z mlekiem. Gdyby nałożyć nań cylinder, ooo, to już prawdziwy, modrzewiowy dżentelmen z manierami dobrego zachowania.
A gdyby tak siąść przy nim i pogadać, przecież to kompendium wiedzy o minionych latach, o ludziach. Kiedyś patrzył na nich z góry jak ciągnęli do kościoła po błotnistej drodze, dawał wsparcie opitym chłopom, chował rozbuchane parki za szerokie, modrzewiowe plecy. Przeżył parę wojen, chociaż szczerze mówiąc, tu nie było najgorzej, jako miłośnik jednego miejsca, odpuścił sobie partyzantkę. Nie cierpi psów, no bo wiecie, rozumiecie…takie psie kudły muszą się zatrzymać, podnieść tylną łapę i…aż ciepło robi się od korzenia. Taki drzewny senior naprawdę dużo wie, gdyby matka natura natura kazała mu przemówić…a może dobrze że milczy? Czasami niewiedza pozwala zachować spokój, gdyby okazało się, że waszmość pradziadek w drodze na mszę wziął pod pachę gładolicą Weronkę…a że było lato…w polach kopy siana…i nici z kazania…to niech drzewsko milczy i trwa.
Dzisiaj patrzy ono na asfaltową ulicę i na pięknie położoną chodnikową kostkę. Można pomyśleć, że zakręt pod kątem 90 stopni jest wymuszony jego obecnością. A dlaczego nie?! W końcu to ważna persona, przetrzymała tylu gajowych, leśniczych, proboszczów, sołtysów i Bóg wie kogo jeszcze. Nocą oświetlony pomarańczem ulicznej latarni patrzy w rozgwieżdżone niebo, tak samo jak pięćdziesiąt, sto i więcej lat do tyłu. Na piersiach nosi, niczym odznaczenie najwyższej rangi, wizerunek Przenajświętszej Panienki.
Jest fajnie, asfaltowo i brukowo tylko że pusto. Bez ludzi, od czasu do czasu przejedzie samochód i siwy dym wgryza się w próchniejący środek. Dobrze że jest przystanek autobusowy, modrzewiowy staruch może podpatrzeć szybkie pocałunki młodych ludzi kradzione pod żółto-szklaną wiatą. A wtedy coś w nim skrzypi, rzęzi, jakby ktoś pocierał dwa kawałki drewna. Nie wierzycie? Przyjedźcie do Gorenic żeby pocałować się w tym miejscu…i posłuchajcie…tylko pocałunek musi być szczery. Tandety waszmość modrzew nie toleruje!

Jacek Majcherkiewicz